Czy taki diabeł straszny jak go malują – czyli o co chodzi z CETA

zdj Magda K

Magda Kulczyk
Studentka II roku studiów licencjackich na kierunku Informatyka i Ekonometria. Interesuje się nową ekonomią instytucjonalną oraz zagadnieniami związanymi z problemem ubóstwa na świecie.

30 października 2016 Unia Europejska i Kanada podpisały Kompleksową Umowę Gospodarczo-Handlową (CETA). Porozumienie to, nazywane często młodszą siostrą TTIP, ma spowodować zniesienie ceł oraz większości barier pozataryfowych we wzajemnej wymianie towarami, a także zliberalizować handel usługami. Brzmi zachęcająco. Dlaczego w takim razie budzi tyle emocji i kontrowersji?

Słowo za słowo

Jak w przypadku praktycznie każdego rodzaju porozumień, niezaprzeczalny jest fakt, że znajdą się zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy danego projektu. Istotne są jednak argumenty danych stron, a nie tylko to, że część osób jest za, a inni przeciw. W przypadku CETA dyskusja rozpoczęła się już w sierpniu 2014 roku, kiedy to strony zakończyły negocjacje w sprawie wspominanego porozumienia. Jedni popierają swoje racje analizami makroekonomicznymi, inni porównują podpisany kontrakt do podobnych umów z przeszłości, które oczywiście w zamierzeniu były dobre, ale ich efekty nie przyniosły wymiernych korzyści dla obu stron.

Kto przeciw i dlaczego

Przeciwnikami umowy wydają się być głównie mieszkańcy oraz lokalni przedsiębiorcy po prawej stronie Atlantyku. Ich niezadowolenie wynika przede wszystkim z obawy o prowadzoną działalność gospodarczą. Fakt, że lokalna produkcja nie będzie chroniona przed konkurencją napływającą zza oceanu, zagraża każdemu małemu i średniemu przedsiębiorstwu. Dzięki masowej produkcji, niższym standardom środowiskowym oraz tańszej energii produkty pochodzące z Kanady niewątpliwie będą występowały w cenach bardziej konkurencyjnych niż lokalne. Liberalizacja handlu może więc doprowadzić nie tylko do spadku poziomu zatrudnienia, ale także przychodów, zyskowności lokalnych firm, a co za tym idzie – do upadku lokalnych przedsiębiorstw.

W szczególny sposób wydaje się zagrożona sytuacja europejskich rolników oraz konsumentów ze względu na kolejną kwestię, którą jest GMO. W tym momencie warto wspomnieć, że Kanada jest jednym z trzech największych producentów żywności zmodyfikowanej genetycznie na świecie. Realne jest więc ryzyko zalania europejskiego rynku przez tanią i nie do końca akceptowaną przez wszystkich żywność (ze względu na podzielone zdania naukowców na temat szkodliwości GMO). Nie wydaje się to zbyt optymistyczną wizją przyszłości.

Kolejnym elementem umowy jest wzmocnienie instytucji arbitrażu inwestor-przeciw-państwu. W wyniku tego zapisu korporacje mogą pozywać państwa oraz podważać ustawy, które zostaną uznane za zagrażające ich przyszłym zyskom. Już przy obecnym stanie tego prawa przysługującego przedsiębiorcom państwa co roku wypłacają miliardy dolarów na skutek rozstrzygnięć w ramach ISDS, czyli Investor-State Dispute Settlement. Doskonałym przykładem funkcjonowania tej umowy jest sytuacja państwa Salwador zaskarżonego przez firmę z Kanady. Przyczyną wszczętego procesu był brak zgody Salwadoru na otwarcie kopalni złota. Odmowa była uwarunkowana dość konkretnym argumentem: otwarcie wspomnianej kopalni groziłoby skażeniem wody, z której korzysta lokalne społeczeństwo. Firma domaga się 315 mln dolarów rekompensaty za to, że nie osiągnie planowanych zysków. Pieniądze te oznaczają realne straty dla budżetów krajowych i lokalnych, a co za tym idzie – ograniczenia w wydatkach publicznych.

Z drugiej strony…

Głos zwolenników Całościowego Gospodarczego i Handlowego Porozumienia UE-Kanada nie wydaje się aż tak donośny jak jego przeciwników. Jak widać, to nie jest jednak warunkiem decydującym o podejmowanych decyzjach. Zwolennicy podpisanego porozumienia są przekonani, że zawiązanie wspólnoty handlowej opartej na współpracy i konkurencji pozwoli stworzyć we współczesnym świecie nowe centrum gospodarcze, które stanowić będzie pewnego rodzaju przeciwwagę dla obecnej potęgi gospodarczej, przesuwającej się stopniowo w stronę Azji.

Kolejnym argumentem zwolenników CETA jest teza, że liberalizacja rynku z pewnością doprowadzi do obopólnych zysków, mających swoje odwzorowanie w podniesieniu poziomu PKB nie tylko Kanady, ale również państw Europejskich. Według przeprowadzonych analiz PKB poszczególnych państw Unii Europejskiej ma wykazać wzrost o około 0,08%. W ogólności UE może zarobić na CETA nawet 11 mld euro, Kanada – 8 mld. Jeśli chodzi o prognozy dla Polski, rząd mówi o 450 mln dol. zysku w ciągu pięciu lat na samym tylko eksporcie. Warto jednak zauważyć, że jest to dość optymistyczna prognoza, która również spotkała się z wieloma kontrargumentami wynikającymi z coraz to nowszych modeli ekonomicznych.

Kusząca wydaje się również perspektywa uproszczenia systemu inwestowania na rynku kanadyjskim. Zgodnie z treścią umowy wszyscy europejscy przedsiębiorcy mają zapewnione równe i sprawiedliwe traktowanie w Kanadzie. Ponadto w celu poprawy klimatu inwestycyjnego i zapewnienia większej pewności wszystkim ludziom interesu, zarówno tym z prawej, jak i z lewej strony Atlantyku, reprezentanci Kanady i Europy zobowiązali państwa do przestrzegania określonych kluczowych zasad. Chodzi przede wszystkim o równe traktowanie, czyli zasadę niedyskryminacji. Zostało również podjęte zobowiązanie obligujące Kanadę i kraje UE do niewprowadzania nowych ograniczeń dotyczących inwestowania.

Będzie Meksyk?

W obliczu podpisanej ustawy trudno nie odwołać się do podobnego kontraktu podpisanego w latach 90. XX wieku, czyli do Północnoamerykańskiego Układu Wolnego Handlu (NAFTA) między Kanadą, Meksykiem i USA. Analizy wykazują, że na wspomnianym powyżej układzie strony nie odniosły przewidywanych, stosunkowo równych, wymiernych korzyści. Jak nietrudno się domyślić, tymi, którzy skorzystali najwięcej, były Stany Zjednoczone oraz Kanada. Choć znów można doszukać się tu niezdrowych prawidłowości, gdyż grupą, która zyskała na umowie najbardziej, były duże koncerny, a nie średnie i małe firmy. Najbardziej poszkodowany został Meksyk. To on stracił na Układzie najwięcej, chociaż miał być on nadzieją na przyśpieszenie wzrostu gospodarczego. Eksperci wykazali, że zamiast tego miliony meksykańskich rolników straciły środki do życia, czego przyczyną była zgoda na wwóz subsydiowanych produktów spożywczych na rynek meksykański. Wniosek wydaje się oczywisty – niewątpliwie ktoś zdołał się wzbogacić. Jednak jakim kosztem? Niestety kosztem tych mniejszych.

Pozostaje nam tylko wierzyć, że tym razem Europa nie okaże się tym mniejszym.

Patron: Rada Konsultacyjna UW

logo Rada UW